niedziela, 9 lipca 2017

Prolog

Everyone you meet is a fighting a battle you know nothing about. Be Kind. Always.

    Nic nie wskazywało na to, żeby ten dzień miałby potoczyć się inaczej niż te, które przeżyłam dotychczas. Był to jeden z na prawdę ciepłych styczniowych dni, gdzie temperatura sięgała powyżej dziesięciu stopni Celsjusza, a śnieg powoli już przechodził w zapomnienie. Tamtego zimowego dnia moi rodzice mieli w planach odwiedziny babci Samanthy, która mieszkała w Liverpool. Pamiętam, że jako dziecko uwielbiałam do niej przyjeżdżać i słuchać jej historie z jej młodości. Jej dom od zawsze pachniał przesiąkniętym winem mahoniem oraz plackiem dyniowym, który piekła co niedziele.
    Po szybkim śniadaniu, które zjedliśmy całą rodziną od razu wybraliśmy się w podróż która miała trwać przynajmniej  godzinę. Nigdy nie lubiłam jeździć samochodem, było to dla mnie okropnie męczące i powodowało u mnie duże mdłości, tym bardziej, że cierpiałam na chorobę lokomocyjną. 
Droga była żmudna, gdyż jechaliśmy autostradą cały czas prosto, a drogi póki co nie było końca. Oparłam się głową o okno i obserwowałam krajobraz oraz mijające nas samochody. W moich uszach słyszałam kojący głos The Weeknd, który sprawiał że zachwycałam się obrazem za oknem, a nie zajmowałam się myśleniem o tym jak bardzo mi było w tamtym momencie niedobrze.
Jechaliśmy jeszcze jakiś dłuższy moment, aż naszym oczom ukazał się znak informujący nas, że dalsza droga jest w remoncie, także należy zjechać z autostrady i jechać okrężną drogą. Widziałam na twarzy mojego taty niezadowolenie, gdyż nienawidził jeździć innymi drogami niż właśnie autostradą. Ale cóż miał innego w tamtym momencie zrobić?
    Pamiętam, że tamtego dnia jechaliśmy bardzo wolno. Nawet moja mama, która jest bardzo spokojną kobietą pospieszała mojego tatę, twierdząc że zaraz zaśnie za tą kierownicą. O dziwo, on jej nie posłuchał i jechał takim tempem jakim starał się jechać wcześniej. W tamtym momencie rozpoczęła się między nimi ogromna kłótnia, która była tak głośna, że nawet muzyka rozkręcona na maksa w moim telefonie nie była w stanie ich zagłuszyć. I wtedy na drogę wyskoczył jeleń.

    Mogę przysiąc, że nigdy w życiu nie bałam się tak bardzo jak w tamtym momencie. Wszędzie wdziałam tylko czerwone plamy zwierzęcej krwi.  Adrenalina w organizmie podskoczyła mi tak bardzo, że nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo zmasakrowane jest moje ciało. Chciałam krzyknąć, ale głos urwał mi się w tym samym momencie w którym otworzyłam usta. Tył samochodu, gdzie siedziałam ja i Patric był nie do poznania. Praktycznie nie było już co z niego zbierać. Zauważyłam, że moi rodzice wyszli z samochodu i obydwoje biegli błagając i krzycząc o pomoc.
No i zauważyłam jego. Patrica.
Głowa zwisała mu bezwładnie w kierunku ziemi, a z jego brzucha leciała długa i gęsta strużka krwi. Pierwszy raz w tamtym momencie widziałam że płacze. Podniosłam się delikatnie na swoich łokciach i przesunęłam się w jego kierunku. Kątem oka mnie zauważył i ułożył z ust dwa słowa: Pomóż mi.
Starałam się być ostrożna najbardziej jak tylko mogłam i nogą udało mi się otworzyć drzwi po jego stronie. Położyłam go na swoich kolanach i patrząc mu w oczy rozpłakałam się tam samo mocno jak on. Widziałam, że tracę z nim kontakt i nie byłam w stanie nic zrobić.
Patrząc na mnie powoli odpływał, a ja zdałam się tylko na jedno. Zaśpiewałam mu kołysankę.
Mój głos rwał się co drugie słowo, a każdy kolejny wers zaczynał się głośnym szlochem.
Był sobie król, był sobie paź
i była też królewna
żyli wśród róż, nie znali burz
to była rzecz najpewna

Na własne oczy widziałam jak mój brat umiera, jak robi się coraz bardziej zimny i siny, a ja nie byłam w stanie zrobić zupełnie nic.
- Pamiętaj, że cię kocham Marcy.- powiedział i zamknął oczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Template by Elmo